Kilka dni przed Środą Popielcową zaczęły się pierwsze przygotowania do Triduum. Zorganizowano wstępne spotkanie, na którym zaczęto ustalać najważniejsze kwestie dotyczące nadchodzącej Paschy. Oprócz tego pojawiły się pierwsze myśli, marzenia i chęci stworzenia pięknej celebracji. Wiele razy przeglądałem zdjęcia z zeszłorocznej Wielkanocy, podczas której tak wiele się działo. Uczestnicząc w liturgii Środy Popielcowej chyba nikt nie myślał, że za parę tygodni zostanie nam odebrany m.in. właśnie udział w liturgii.

Jest to niewątpliwie wydarzenie bezprecedensowe. Po raz pierwszy (jak trafnie zauważył prymas Polski) od II Wojny Światowej, nam, ludziom wierzącym, została odebrana możliwość udziału w celebracji najważniejszego misterium w roku – męce, śmierci i zmartwychwstaniu Jezusa. Dla mnie było to bolesne odczucie, bowiem – z perspektywy liturgisty – nie do wyobrażenia jest brak możliwości uczestniczenia w tak ważnych uroczystościach. Moją ostatnią niedzielną Mszę (przed wydaniem ograniczeń) przeżywałem w pewnym krakowskim kościele. Podziwiając piękno architektury i sprawowanej celebracji myślałem o tym, co będzie za parę tygodni. Chciałem, by tak niesamowita liturgia została odprawiona w moim kościele podczas świętych Trzech Dni. Jednak nie myślałem wtedy, że ta Msza będzie w zasadzie moją ostatnią w takiej formie. Podczas oglądania transmisji celebracji III Niedzieli Wielkiego Postu uświadomiłem sobie, że w taki sposób będę przeżywał tegoroczne Triduum – za pośrednictwem mediów.

Oglądając poszczególne przekazy, tym, co z pewnością rzucało się w oczy, była uboga forma – bez masy ministrantów, wielu księży i tłumu wiernych. Z pewnością każdy jest przyzwyczajony do takich widoków podczas Triduum, zwłaszcza w Wielką Sobotę, gdy święci się pokarmy. Ja również miałem taki obraz tych świąt. Jednak teraz tego zabrakło. Osobiście myślałem, że ten czas stanie się smutny, że w tej Wielkiej Nocy nie będzie nic wielkiego. Jednak ten okres okazał się być bardzo owocny. Oprócz ogromu doświadczeń i wielu miłych niespodzianek pojawiło się też poznanie tego, o co tak naprawdę w tym czasie chodzi. Mianowicie nie chodzi o wspaniałe liturgie, o tysiące działań, czy o angażowanie się w wiele różnych inicjatyw. Owszem jest to ważne, ale nie najważniejsze, bowiem nie to sprawi, że ta noc będzie ,,wielka”. To może sprawić tylko Chrystus, którego tak często podczas różnych celebracji się zatraca. Ten, który powinien być ich ośrodkiem, zostaje odsunięty na bok, ze względu na formę, którą się centralizuje i uatrakcyjnia. Pięknie o tym powiedział bp Przybylski w swoim kazaniu podczas Wigilii Paschalnej. Rzekł on: ,,Opatrzność Boża pragnie, żebyśmy sobie przypomnieli, że wielkości i mocy wiary nie mierzy się miarą pełnych kościołów, dostojnych liturgii i królewskich celebracji, ani miarą mądrych kazań”. Dzisiaj każdy na swój sposób przeżywa tę wiarę. Jest to jej swoista próba.

Ten czas był dla mnie owocny, bowiem w tym odosobnieniu mogłem zagłębić się w moją wiarę. Dlatego dziś mogę odważnie powiedzieć, że Chrystus Zmartwychwstał, a wraz z Nim my, pogrzebani w grzechu, zmartwychwstaliśmy do życia. Niezależnie od wyglądu naszych świąt – On wstał z martwych. Wydaje mi się, że (mimo bolesnych doświadczeń minionych tygodni) Bóg w tym czasie zadaje proste pytanie: ,,kto lub co jest źródłem naszej wiary?”. Obecny czas jest dobrą chwilą, by na to pytanie odpowiedzieć.

Dawid Makowski